• Wpisów: 37
  • Średnio co: 84 dni
  • Ostatni wpis: 8 lat temu, 11:56
  • Licznik odwiedzin: 32 473 / 3214 dni
 
wyprawa.geo2
 
Na podbój Kaukazu: Pomysł na wyprawę do Turcji i Gruzji urodził się kilka lat temu.  Mateusz i Magda planowali wyjazd już od dawna ale zawsze na drodze stawały jakieś przeciwności losu: wojna, zamknięte granice, brak funduszy.  Kiedy wszystkie problemy rozwiązały się temat wyjazdu wrócił jak bumerang. Nareszcie będą mogli zobaczyć  świat o którym tyle słyszeli.
Żeby było im raźniej na wyprawę zabrali Karola i Edytę którzy nigdy wcześniej nie byli tak daleko motocyklem.  Karol i Edyta zastanawiali się intensywnie ale krótko, taki wyjazd to przygoda  życia.
Teraz pozostało przygotować wszystko do wyjazdu. Kompletowanie  ekwipunku, części zamiennych do motocykli, kluczy, apteczki. Wszystko zajęło co najmniej miesiąc. Uff!
Trasa wyznaczona, motocykle przygotowane, humory dopisują. Czas ruszać. Według  planu jedziemy przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Turcję do Gruzji.

„Spotkanie z niedźwiadkiem”

Po zaskakująco szybkim przejechaniu Słowacji i Węgier zmęczeni walką z cisnącymi się na wąskich drogach ciężarówkami w Rumuni  postanowiliśmy odbić w rzadziej uczęszczane drogi górskie. Skierowaliśmy nasze motocykle na jedną z piękniejszych dróg w Europie, przechodzącą przez wysokie na 2500m n.p.m. góry Fogarskie. Ostre serpentyny wśród skalnych  urwisk zrobiły na nas ogromne wrażenie. Po drodze mieliśmy okazje oglądać jedną z najwyższych tam na świecie. Najbardziej emocjonujące jednak było spotkanie z niedźwiedziem który ku naszemu zaskoczeniu siedział sobie na drodze. Wyglądał jakby łapał stopa.
Rumunia to także barwne, tętniące życiem wsie w których często wozy ciągnione są przez woły i osły a w miasteczkach kilka razy przedzieraliśmy się przez prowadzone na pastwiska stada owiec.

„Stambuł”

Wjeżdżając do Turcji od razu zwróciliśmy uwagę na jakość dróg: szeroki e, wielopasmowe, równe, i co najważniejsze ciągle ulepszane. Naszej uwadze nie umknęły także ceny paliwa, znacznie wyższe niż zakładaliśmy- 6,80 zł za litr. Po nudnej niekończącej się przeprawie autostradą wjeżdżamy do gwarnego, przesadnie zatłoczonego Stambułu. Przeraża  nas ilość samochodów, ogrom przemieszczających się ludzi, chaos, zbyt często używany klakson. Warszawa w godzinach szczytu wydaję się być spokojnym, sennym miasteczkiem.  Tego się nie da opisać, wszyscy wszystko sprzedawali, gdzieś jechali,  gdzieś szli. W tym całym zamieszaniu poszliśmy zobaczyć największe meczety tego miasta.  Prawdę mówiąc  większe wrażenie zrobił na nas gwar i zamęt przemierzanych ulic. Nie potrafiliśmy zwiedzać zabytków w tym całym zamieszaniu. Dlatego wsiedliśmy na motory i heja. Warto  wspomnieć że Turcy  zagadywani przez nas po angielsku byli zimni i nieprzychylni, dopiero gdy wyjaśniliśmy że jesteśmy Polakami otwierali dla nas swe serca.

„Deszcz”

Szum Morza Czarnego miał ukoić nasze potargane wielkomiejskim chaosem nerwy, i ukoił a nawet nawilżył ponieważ do szumu fal przyłączył się także szum padającego deszczu. Załamanie pogody było szczególnie intensywne nad morzem dlatego po jednodniowej próbie przeczekania w strugach deszczu zebraliśmy manatki i udaliśmy się w głąb lądu na poszukiwanie lepszej pogody. Podobno był to najbardziej deszczowy wrzesień od 100 lat w Turcji a deszcze prześladowały nas jeszcze wielokrotnie.
Myśliwi i polowanie na ptaki

„Bajkowe góry”

Gdy rozstąpiły się ołowianie chmury naszym oczom ukazały się góry o przepięknych barwach, nigdy  nie przypuszczaliśmy że góry mogą mieć takie intensywne kolory. Dziewczyny powiedziały nawet że jesteśmy w raju. Kolejne zakręty odsłaniały  nowe łańcuchy górskie pomalowane na coraz bardziej niespotykane/zaskakujące kolory.  Nie mogliśmy nacieszyć oczu  widokami. Za każdą pokonywaną przełęczą  odkrywaliśmy coś czego absolutnie się nie spodziewaliśmy. To naprawdę był raj. Góry z łagodnych, zamszowych zmieniały się  w skaliste z przepaściami przy drodze by za chwilę stać się pokrytymi drzewami drapaczami chmur.  Dalej postanowiliśmy jechać drogami polnymi, chcieliśmy być bliżej przyrody. Droga którą wybraliśmy ukazała nam jeszcze jedno piękno gór– były nim Tureckie wioski, małe domki z kamieni, wąskie dróżki często przecięte strumykami, mieszkańcy w regionalnych strojach. Pokonując kilkadziesiąt  kilometrów szutrami mijaliśmy kolejne wioski by w końcu wjechać na jeden ze szczytów mający ponad 2000 metrów. W dalszej części podróży drogami asfaltowymi wjechaliśmy na 2600m n.p.m.  mijając kilka zamkowych ruin rozmieszczonych na szczytach większych lub mniejszych gór. Drogi zmieniały się z krętych w jeszcze bardziej kręte a czasami bardzo wąskie, lub pozbawione pobocza. Kilka razy włosy jeżyły nam się na ciele gdy zza zakrętu wyłaniał się bus i nie było już czasu na hamowanie, poboczem była kilkudziesięciometrowa przepaść a miejsca na wyminięcie właściwie za mało.  Na szczęście wszystko kończyło się dobrze.

Wartym wspomnienia jest miasto Amasya w którego centrum znajduje się stroma skalista góra na której szczycie są ruiny twierdzy rzymskiej. Widok z twierdzy na panoramę całego miasta zatykał dech w piersiach. W twierdzy znajdował się nie zabezpieczony ogromny tunel prowadzący w głąb góry, odwagi wystarczyło nam żeby zejść na jakieś 30 metrów.
Po drodze często na poboczu spotykaliśmy drzewa oblepione figami lub granatami. Były smaczne jednak cudownych Bułgarskich winogron zerwanych z przydrożnych plantacji nic nie przebiły.

„Krowolandia”

No i nadszedł czas na wjazd do Gruzji. Już na przejściu granicznym zaskoczyła nas niezwykła uprzejmość Gruzinów- dalej było tylko lepiej. Padał deszcz więc humory mieliśmy niespecjalne do momentu w którym zobaczyliśmy pierwszą krowę na ruchliwej drodze asfaltowej. Po 20- tej przestaliśmy liczyć: stały na szosie, leżały, spacerowały a nawet załatwiały się na niej. Jadąc mijaliśmy także inne zwierzęta domowe spacerujące po jezdni. Były tam świnie, osły, owce, kozy, konie, kaczki, indyki. To naprawdę była droga jedna z główniejszych pomimo tego żaden z kierowców nie protestował kiedy przed maską stawało mu zwierze a on musiał je omijać- krowy raczej nie schodziły z powodu samochodu z drogi, właściwie nic sobie z tego nie robiły. Widocznie w tym kraju stwierdzono że wyganianie zwierząt na pastwiska jest nie praktyczne skoro tyle trawy rośnie na poboczu. Dziwnie przyglądaliśmy się także rurom którymi opasane były mijane wsie- potem okazało się że to zwyczajna instalacja gazowa skutecznie szpecąca okolice.

„Skalne miasta”

Gruzja zaskoczyła  nas budowlami jakie mieliśmy okazje oglądać: Świątynie, Kościoły , Monastyry zbudowane nawet kilkanaście wieków temu. Podziwialiśmy je ale w zachwyt wprowadziły nas wydrążone w skałach miasta. Uplisciche zostało zbudowane 2000 lat p.n.e. Wykute przejścia, pomieszczenia mieszkalne a nawet teatr w skale robiły wrażenie. Dotykaliśmy śladów które zostały wydeptane przez tysiące ludzi na przełomie kilku wieków. W okolicach tego miasta postanowiliśmy nocować. To wtedy nocą usłyszeliśmy wystrzały z karabinów a także wybuchy. Nasze obawy podkręcała świadomość  że znajdujemy się 20 kilometrów od Osetii w której rok temu trwała wojna.  Naprawdę przerażeni poszliśmy spać by rano dowiedzieć się że były to ćwiczenia na oddalonym o parę kilometrów poligonie.  Odprężeni ruszyliśmy dalej.  Drugim jeszcze większym miastem wydrążonym w skale jest Wardzia – zbudowanym w XII wieku, wyposażonym w system kanalizacji i wodny potrafiło pomieścić od 20 do 60 tysięcy ludzi. Pomimo trzęsienia ziemi które zniszczyło 2/3 miasta odkrywając je zachowała się ogromna część tuneli i komnat. Zapewniam że było na co popatrzeć.

„Ponad 5 tysięcy metrów”
Gruzińską drogą wojenną uzbrojoną w częste dziury ale także wspaniałe widoki dojechaliśmy do Kazbegi, miasteczka położonego u podnóża wysokich na ponad 5000m n.p.m. gór. Na pobliskim wzgórzu położonym wyżej o 350 metrów nad miastem znajduje się kościół Gergeti do którego wspinamy się motocyklami . I znowu ciężko oddychać widok zapiera dech a my cieszymy się że daliśmy radę, to najdalej położone miejsce naszej wyprawy. Po sesji zdjęciowej rozpoczynamy  drogę powrotną. Gruzja jednak przygotowała dla nas jeszcze kilka wrażeń a jedno z nich pojawiło się bardzo szybko. Zaczęło padać, potem lać, my na wysokości 1700m, gęsta mgła, widoczność na maksymalnie 5 metrów, dzień dobiega końca. Zjeżdżamy bardzo krętymi drogami, jest bardzo niebezpiecznie, powoli pokonujemy kolejne zakręty. Niestety w BMW Mateusza i Magdy przebija się tylna opona. Przemoczeni, w nocy, w strugach deszczu po godzinie poszukiwań znajdujemy hotel – uff jesteśmy uratowani.

„Gruzińska życzliwość”

W Gruzji spotkaliśmy się z wielką życzliwością Gruzinów i Ormian. Kilka razy biesiadowaliśmy z tubylcami.  W pewnej wsi spotkaliśmy młodego chłopaka o imieniu Goga, jego brat Sergiej gra w Warszawie w rugby.  Innym razem Ormianin Sewa przenocował nas w swym remontowanym domu a jego sąsiedzi obdarowali nas swojskim serem i chlebem a także pokazali szkołę podstawową. Na największą uwagę jednak zasługuje Anton, spotkaliśmy go około godziny 22 w nocy. Zatrzymaliśmy się aby spytać gdzie możemy kupić chleb, napotkany  pięćdziesięciokilkuletni człowiek chcąc upewnić się że trafimy biegnie  prowadząc nas do piekarni. Gdy zauważył że ustalamy gdzie rozbijamy  namioty natychmiast proponuje nocleg i garaż dla motocykli. Okazało się że to nie tylko nocleg ale także biesiada ze swojej roboty smakołykami takimi jak: zawekowane figi, kompot z brzoskwiń, wino które przy najważniejszych  toastach wypijaliśmy z krowich rogów i robiący największe wrażenie ser (do dziś nie wiemy jak można zrobić ser który ma konsystencje gotowanego mięsa piersi z kurczaka). Obrusem była piękna zasłona ponieważ Anton nic innego nie znalazł a jak powiedział „obrus dla takich gości musi być”. To niesamowite ale ten człowiek częstował nas wszystkim co najlepsze, traktował nas jak braci. Wznosiliśmy toasty za nasze rodziny i kraje, całując się po tych najważniejszych  według gruzińskiego zwyczaju. Wreszcie spaliśmy w normalnych łóżkach- dodatkowo każda para w swoim pokoju. Do tej pory słyszeliśmy o gruzińskiej życzliwości, od tej pory wiemy co ona znaczy. To niezwykłe przeżycie spotykać kogoś obcego kto chce Ci bezinteresownie pomóc.

„Na mapie żółta w rzeczywistości  brązowa”

To była przygoda której nam brakowało. Padał deszcz a my przemierzaliśmy Gruzje w drodze powrotnej do Turcji.  Chcąc zaoszczędzić kilkaset kilometrów wybraliśmy drogę na skróty. Uzupełniliśmy  paliwo na stacji w której jeden człowiek z obsługi trzymał węża a drugi włączał pompę -  skończyło się oczywiście przelaniem. Droga była zaznaczona  kolorem żółtym na mapie czyli nie najgorsza, w rzeczywistości była brązowawa od gliny, błota, ostrych kamieni a także ogromnych kałuż. Przeprawialiśmy się z prędkością 10- 20 km/h  w ciągle pokrapującym deszczu z nadzieją że za chwilę za następnym zakrętem pojawi się asfalt.  Ale asfalt się nie pojawiał, nawierzchnia zmieniała się jak w kalejdoskopie z gliny na kamienie, z kamieni na kałuże.  Po przejechaniu 30 kilometrów  było jasne że do najbliższego asfaltu zostało jeszcze 70km a najlepsze dopiero przed nami. I rzeczywiście, gdy drugiego dnia znowu rozpoczęliśmy karkołomną przeprawę, pojawiła się glina tak lepka, że w moim(Karola) motocyklu zblokowało się przednie koło. Dopiero po paru upadkach zorientowaliśmy się że koło ślizga się tylko a nie kręci.  Po wielu próbach wydłubania błota z pod błotnika postanowiliśmy zdjąć go i pomogło.  Pokonaliśmy ten 100 kilometrowy odcinek błota.  Potem mieliśmy jeszcze jeden odcinek tego typu ale trochę łagodniejszy – 180km. Gruzja to kraj w którym asfalt można znaleźć jedynie na drogach głównych, turystycznych a także w obrębie miast. Często zdarzało sie że droga asfaltowa kilka kilometrów za miastem zmieniała się w słabej jakości drogę gruntową.

„Kapadocja”

Ostatnim wspólnie zwiedzanym miejscem była Kapadocja w Turcji a dokładniej miasto w skale Uchisar z którego szczytu, przy pięknej pogodzi e mogliśmy podziwiać bardzo nietypowe góry.  Niskie, postrzępione, z dominującymi skalnymi formami w postaci grzybów, kolumn, stożków z których niektóre do dziś zamieszkane są przez tubylców.  Widok tych jasnych skałek które rozciągały się aż po horyzont uspokajał, dodawał wewnętrznej energii a jednocześnie chwytał za serce i nie chciał puścić.  No cóż,  rozstanie w takim miejscu było bardzo trudne.

KAPADOCJA

Kapadocja jest to kraina centralnej Turcji. Jest to jedno z najciekawszych i najpiękniejszych, a przy tym oczywiście najbardziej turystycznych miejsc w Turcji.
Zazwyczaj omijamy te miejsca gdzie są 100-tki turystów, ponieważ wtedy ciężko się zwiedza, a przy tym wszystko jest nadzwyczaj drogie. Jednak Kapadocji nie da się nie zobaczyć, będąc w tam, jest to niesamowite miejsce, gdzie możemy podziwiać wytwory natury wprost „ nie z tej ziemi”. Miliony skał i skałek w różnych barwach i odcieniach tworzące las stożków, często jeszcze zamieszkanych przez ludzi-tworzy widok zapierający dech w piersiach. A dzięki naszym wspaniałym rumakom mogliśmy obejrzeć wszystko dokładnie, omijając tłumy i wjeżdżając również tam, gdzie turyści zazwyczaj nie docierają. Niestety Kapadocja była ostatnim punktem naszej wyprawy, który zwiedzaliśmy jeszcze we czwórkę, patrząc na te zachwycające krajobrazy musieliśmy się pożegnać, co było bardzo trudne po tylu wspaniałych przygodach i ciężkich chwilach wspólnie spędzonych.


POMOC TUBLCÓW


Podczas wyjazdu mieliśmy wiele mało sympatycznych przygód na przykład złapanie gumy w górach podczas ulewnego deszczu i to w sobotę w nocy, ale wbrew pozorom każdą  z tych przygód będziemy dobrze wspominać i długo pamiętać…..
Którejś nocy po raz kolejny już podczas wyjazdu złapaliśmy gumę, oczywiście w górach, po ciemku i żeby nie było za łatwo to w sobotę. Mimo, że to już nasza druga dziura w oponie to nie mamy żadnego zabezpieczenia na tą ewentualność, więc musimy szukać pomocy z zewnątrz. Postanawiamy po odpinać wszystkie bagaże, żeby motocykl był lżejszy i sprowadzić go do wioski oddalonej o jakiś kilometr. Tam nie możemy się zbytnio dogadać, ale okazuje się, że jest dziewczynka, która zna troszkę angielski. Próbujemy zalepić dość dużą dziurę mało profesjonalnym kołkiem zrobionym z  kawałka sznurka  wysmarowanego butaprenem, a miejscowi sprowadzają ciągnik z kompresorem, żeby napompować nam koło. Wygląda na to, że powietrze nie schodzi, ale mimo to postanawiamy przenocować w wiosce, żeby znowu nie utknąć gdzieś w środku nocy z „kapciem”. Pytamy więc zaprzyjaźnioną już Turecką rodzinkę czy możemy rozbić namiot na ich polu, ale oni oczywiście zapraszają nas do domu, po dłuższych pertraktacjach udaje nam się ustalić miejsce naszego noclegu w namiocie na ich podwórku, ale kolację musimy zjeść, nie interesuje ich że godzinę wcześniej jedliśmy już.
Kolacja i obcowanie z  tą turecką rodziną okazuje się być kolejną ciekawa przygodą, poznajemy ich zwyczaje kuchnie sposób codziennego życia, wszystko wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Bardzo mile zaskoczyła nas postawa tych ludzi , gdyż widzieliśmy, że są bardzo biedni, a mimo to przyjęli nas jak rodzinę poczęstowali czym mogli i służyli pomocą,  a o zapłacie nie było mowy.


PAMUKALE, EFEZ

Kolejne magiczne miejsce w Turcji, gdzie nawet tłumy turystów nie przeszkadzają, prawie ich nie zauważamy przez zachwyt i zaciekawienie tym co nas otaczania. A są to niesamowite tarasy wapienne, ukształtowane przez płynącą wodę nasycona minerałami. Śnieżnobiałe osady wapienne rażą nasze oczy, odbijając ciepłe promienie słońca. Już Rzymianie docenili piękno i właściwości lecznicze bijących na szczycie wzniesienia źródeł termalnych, budując tu wspaniałe miasto, którego ruiny mogliśmy podziwiać. Pamukale było wspaniałą odskocznią od motocykla, bo mogliśmy nasze obolałe zadki wymoczyć w gorących leczniczych źródłach.  
Kiedy zauważyliśmy, że w basenach wapiennych przybywa coraz więcej ludzi, szybko uciekliśmy  stamtąd w stronę pobliskiego Efezu. Niestety tego dnia nie udało nam się już zobaczyć najlepiej zachowanego antycznego miasta w Turcji ponieważ zmierz nieuchronnie się zbliżał. Postanowiliśmy zorganizować nocleg na plaży Morza Egejskiego. Aby zrobić pranie w słodkiej wodzie szukaliśmy miejsca, gdzie do morza wpływa pobliska rzeczka, przemierzyliśmy motocyklem kilometry nadmorskich plaż, podziwiając piękny zachód słońca i walcząc z grząskim piaskiem, który skutecznie bronił naszemu GS-owi dostępu do morza.
Wczesnym  rankiem rozpoczęliśmy zwiedzania antycznego miasta, ale w porównaniu z cudami przyrody, które widzieliśmy do tej pory wypadło kiepsko. Turcja jest bogata w antyczne zabytki, a Efez był jednym z wielu miast, które do tej pory zobaczyliśmy, i wcale nie zrobił na nas tak dużego wrażenia jakie powinno zrobić najlepiej zachowane miasto.



NAJBARDZIEJ ZATŁOCZONA DROGA MORSKA

Szczególnie utkwiła nam w pamięci przeprawa przez cieśninę Dardanele,  cieśnina ta jest ponoć najbardziej zatłoczoną droga morską na świecie, dzięki temu płynąc starym, rozklekotanym promem mogliśmy podziwiać dziesiątki statków, stateczków i olbrzymich okrętów, przepływających przez wąski przesmyk pomiędzy dwoma skałami zwięczonymi średniowiecznymi zamkami. Patrząc z daleka wydawało się, że zamki są  w stanie zatrzymać nadpływające okręty, broniąc im dostępu do Morza Śródziemnego, leczy gdy potężny transatlantyk zbliżył się odpowiednio blisko, ogromny, masywny kadłub statku sprawiał, że zamek stawał się tylko piaskową zabawką na plaży.
Pochłonięci niecodziennymi widokami nie zauważyliśmy kiedy nadszedł zmrok, nocleg udało nam się zrobić tuż nad wodą. Długo nie mogliśmy usnąć, budzeni pomrukiem potężnych silników i hukiem fal wzburzonych przez morskie olbrzymy. Jednak niedogodności te były niczym w porównaniu z widokiem jaki zafundowało nam budzące się słońce.

„Motocyklami”

Dlaczego na taką wyprawę motocyklami? A no dlatego bo z za kierownicy  motocykla świat jest na wyciągnięcie ręki, to dzięki nim dotarliśmy w miejsca do których samochód by się nie przedostał a na piechotę nie mielibyśmy czasu.  Przemieszczając się motocyklem ciągle zwiedzasz, wszystko jest blisko, otacza Cię, motocykl nie ogranicza a wręcz daje większe możliwości.  Po drugim mandacie dowiedzieliśmy się, że w Turcji motocyklem można jechać  maksymalnie 70km/h.
Spaliśmy pod namiotami w przypadkowych miejscach starając się żeby w pobliżu było jezioro lub rzeka a także najlepiej suche drzewo na ognisko.  Oczywiście nie zawsze było tak kolorowo- czasem zadowalaliśmy się kawałkiem łąki na której zmieści się namiot. Posiłki przeważnie przygotowywały dziewczyny na kuchence opalanej benzyną. Kilka razy mieliśmy nawet jajecznicę.  W Turcji w marketach/sklepach nie można było kupić konserw ani kiełbasy, jedynie coś podobnego do grubej parówki. Kebaby lub ichniejsze szybkie dania tylko w częściach turystycznych lub większych miastach.

To była przygoda której nie zapomnimy. Przed wyjazdem nie wierzyliśmy że damy radę, po powrocie wiemy że możemy więcej.

Nie możesz dodać komentarza.